Koło trzeciej w nocy postanowiłem opuścić pewną imprezę i udać się do kafejki gdzie jak sądziłem w okolicach czwartej rano ("czwarta nad ranemmm...") złożę do snu swoje zbolałe członki. Oczywiście wyszło inaczej- po pieszej podróży z Piaseczna w okolice pierwszego przystanku autobusów nocnych (circa 8 KM) wpakowałem się do niewłaściwego pojazdu i wylądowałem w okolicach nieznanego mi wcześniej rezerwatu przyrody; wiedziony nieomylnym instynktem dziecka wychowanego w lesie ruszyłem w chaszcze ścieżką która, jak sądziłem poprowadzi mnie w okolice celu podróży. Pół godziny później tkwiąc po środku bagna i sącząc ostatnie piwo stwierdziłem, że obrany azymut był delikatnie mówiąc niewłaściwy. Wybrnąwszy z trzęsawiska ruszyłem niezrażony w inną, bo betonową dżunglę mokotowskich blokowisk; mijając jeden z przystanków zauważyłem trzech śpiących, skulonych na ławce dresiarzy. Kiedy przechodziłem obok jeden z nich przebudził się i obrzucił mnie pełnym bólu spojrzeniem, postanowiłem więc powiedzieć coś zanim zbierze się z ławki by przefasonować mi i tak już zmordowaną paszczę; jedyne, co w zaistniałej sytuacji przychodziło mi do głowy to "dobranoc"- w życiu nie słyszałem szczerszego "dziękuję".
Zanim dotarłem do celu spotkałem jeszcze wyjątkowo sympatycznego gościa jadącego w niewiadomym nawet sobie kierunku i znalazłem najprawdziwszy mak; dzierżąc go maszerowałem śpiewając "Czerwone maki na Monte Casino" i w takim- nienajświeższym jeszcze stanie- osiągnąłem swą Itakę.
Każdy prawie powrót w stanie wskazującym obfituje w wydarzenia godne uwiecznienia, lecz żadko mam ku temu okazję. Tym razem korzystając z niej skrzętnie opisuję com widział i przeżył i udaję się na zasłużony- przyznajcie- odpoczynek. Dobranoc kochani!
Dobranoc...chyba na "wieki wieków amen", szkoda,że nie będzie następnej bajki...
OdpowiedzUsuń