O 7:08 wpadam dysząc cięzko do stojącego przy dworcu Centralnym autobusu linii 525, dziękuję kierowcy za to, że na mnie poczekał i zajmuję pojedyncze miejsce zaraz za nim. Pół godziny później wysiadam u siebie i przechodzę po pasach wraz z grupką dzieciaków pędzących do szkoły; po chwili na parkingu koło podstawówki pojawia się samochód ze strażnikami miejskimi których zadaniem jest pilnowanie bezpieczeństwa kręcących się przy ulicy maluchów. Kiedy tylko odwrócę od nich wzrok spostrzegam mieszkającego na mojej ulicy chłopaka, który paląc papierosa i słuchając walkmana mija mnie z uśmiechem identycznym do tego, jaki w tym samym momencie pojawia się na mojej twarzy. W domu wita mnie Odys (pies) który młuci niemiłosiernie ogonem we wszystko po drodze; kiedy tylko wróci do spania, pojawia się Majka (kot) który po zdawkowym "miau" ciągnie mnie w okolice puszki z jedzeniem. Kiedy już zaspokoję potrzeby zwierzaków robię sobie cherbatę, którą wypijam przy lekturze z gatunku "co się nawinie".
Jak Boga kocham, nie zdażyło mi się jeszcze aby przez cztery kolejne dni wszystko powtażało się z taką dokładnością! Matrix to czy Atak Klonów?
środa, 31 marca 2004
środa, 24 marca 2004
Przychodzimy, odchodzimy
Przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko na paluszkach
Szczotkujemy wycieramy
Buty nasze twarze nasze
Żeby śladów nie zostawić
Żeby śladów nie zostało
Miasta nasze domy nasze
Na uwięzi się kołyszą
Tuż nad ziemią ledwo ledwo
Jak wiatr mały to nie widać
A jak wielki wiatr się zdarzy
Wielka bieda puszczą cumy
Zatrzepocą się zatańczą
Miasta nasze domy nasze
I polecą w stratosferę
Przygarbionych w pustym polu
Bez oparcia bez osłony
Bez niteczki choćby coby
Przytwierdzała nas do ziemi
Wiatr nas porwie i poniesie
Za kołnierze podniesione
Porozrzuca gdzieś w przestrzeni
Nam to nic przeczekamy
A jak skończy jak ucichnie
To wstaniemy otrzepiemy
klapy nasze rączki nasze
Żeby śladu nie zostało
Od początku zbudujemy
Miasta nasze domy nasze
Sprzęty nasze lampy nasze
Żeby wiatr miał czym kołysać
J. Jęczmyk
Coraz więcej znanych mi blogowiczów znika bez śladu.
Smutne to.
leciuteńko na paluszkach
Szczotkujemy wycieramy
Buty nasze twarze nasze
Żeby śladów nie zostawić
Żeby śladów nie zostało
Miasta nasze domy nasze
Na uwięzi się kołyszą
Tuż nad ziemią ledwo ledwo
Jak wiatr mały to nie widać
A jak wielki wiatr się zdarzy
Wielka bieda puszczą cumy
Zatrzepocą się zatańczą
Miasta nasze domy nasze
I polecą w stratosferę
Przygarbionych w pustym polu
Bez oparcia bez osłony
Bez niteczki choćby coby
Przytwierdzała nas do ziemi
Wiatr nas porwie i poniesie
Za kołnierze podniesione
Porozrzuca gdzieś w przestrzeni
Nam to nic przeczekamy
A jak skończy jak ucichnie
To wstaniemy otrzepiemy
klapy nasze rączki nasze
Żeby śladu nie zostało
Od początku zbudujemy
Miasta nasze domy nasze
Sprzęty nasze lampy nasze
Żeby wiatr miał czym kołysać
J. Jęczmyk
Coraz więcej znanych mi blogowiczów znika bez śladu.
Smutne to.
wtorek, 23 marca 2004
Hymn wieczorów miejskich
Miasto tańczy drżącego kankana
w barwnym mleku świateł rozproszone
dyszy niebo jak zgaszony dywan
namarszczony z flandryjskich koronek
asfalt ślisko ucieka
przed światłem w łuk
można bardzo cicho mówić
można bardzo głośno krzyczeć
latarniami miasto zgasi gwiazdy
i dźwięk zacznie w banię nieba wnikać
sam zostanę na czarnym asfalcie
balansując krawędzią chodnika
w skośny stół z matowej czerni
księżyc wylał płytką rzeką
szumią ciszą w szklany werniks
gwiazdy spadłe niedaleko
w gęstej nocy jak w akwarium
płyną długie, śliskie ryby
uliczkami gęstych podwórz
szyby szorstką łuską wybić
latarniami miasto zgasi gwiazdy
i dźwięk zacznie w banię nieba wnikać
sam zostanę na czarnym asfalcie
balansując krawędzią chodnika
gładzi zwilgłe srebrem ściany
płynnych łysków miękki natłok
i na stole rozślizganym
czarny piesek gryzie światło
Krzysztof Kamil Baczyński
Wiosenny sezon spacerowo- pijacki uważam oficjalnie za otwarty.
w barwnym mleku świateł rozproszone
dyszy niebo jak zgaszony dywan
namarszczony z flandryjskich koronek
asfalt ślisko ucieka
przed światłem w łuk
można bardzo cicho mówić
można bardzo głośno krzyczeć
latarniami miasto zgasi gwiazdy
i dźwięk zacznie w banię nieba wnikać
sam zostanę na czarnym asfalcie
balansując krawędzią chodnika
w skośny stół z matowej czerni
księżyc wylał płytką rzeką
szumią ciszą w szklany werniks
gwiazdy spadłe niedaleko
w gęstej nocy jak w akwarium
płyną długie, śliskie ryby
uliczkami gęstych podwórz
szyby szorstką łuską wybić
latarniami miasto zgasi gwiazdy
i dźwięk zacznie w banię nieba wnikać
sam zostanę na czarnym asfalcie
balansując krawędzią chodnika
gładzi zwilgłe srebrem ściany
płynnych łysków miękki natłok
i na stole rozślizganym
czarny piesek gryzie światło
Krzysztof Kamil Baczyński
Wiosenny sezon spacerowo- pijacki uważam oficjalnie za otwarty.
poniedziałek, 15 marca 2004
Pijak
Napełnij szklankę mi, ostatni nalej raz,
Napełnij szklankę mi i pójdę, bo już czas.
Nie płaczę - pozwól pić, bo wstyd mi sobą być -
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Wypijmy zdrowie twe, bo łatwo mówić, że
Ułoży wszystko się, że już nie będzie źle.
Tym lepiej jeśli te proroctwa kłamstwem są -
Upiję wkrótce się i zgubię rozpacz swą.
Upiję wkrótce się i zgubię rozpacz swą.
Wypijmy zdrowie tych, co dziś weseli są,
Przyjaciół, krewnych złych, co z życia mego drwią.
Tym lepiej, jeśli mnie rozdrażnią drwiną swą -
Upiję wkrótce się, nienawiść zgubię swą.
Upiję wkrótce się, nienawiść zgubię swą.
Napełnij szklankę mi, ostatni nalej raz,
Napełnij szklankę mi i pójdę, bo już czas.
Nie płaczę - pozwól pić, bo wstyd mi sobą być -
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Za moje zdrowie pij, pijemy z winem je,
I jeśli chcesz, to bij, a jeśli nie to nie.
Tym lepiej jeśli mnie cios dosięgnie twój -
Upiję wkrótce się i żal zgubię swój.
Upiję wkrótce się i żal zgubię swój.
Za te dziewczyny pij, co kochać będą mnie,
Za te dziewczyny pij, co mówią o mnie źle.
Tym lepiej, jeśli te dziewczyny zimne są -
Upiję wkrótce się i zgubię ufność swą.
Upiję wkrótce się i zgubię ufność swą.
Więc pijmy całą noc, bym zwalił się pod stół,
By smutek stracił moc, bym nie czuł com czuł.
Więc pijmy, póki źle, więc pijmy, żeby pić -
Upiję zaraz się nadziei zerwę nić.
Upiję zaraz się nadziei zerwę nić.
Napełnij szklankę mi, ostatni nalej raz,
Napełnij szklankę mi i idę, bo już czas.
Nie płaczę - zostaw mnie, rozjaśnia wszystko się -
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Jacek Kaczmarski
Napełnij szklankę mi i pójdę, bo już czas.
Nie płaczę - pozwól pić, bo wstyd mi sobą być -
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Wypijmy zdrowie twe, bo łatwo mówić, że
Ułoży wszystko się, że już nie będzie źle.
Tym lepiej jeśli te proroctwa kłamstwem są -
Upiję wkrótce się i zgubię rozpacz swą.
Upiję wkrótce się i zgubię rozpacz swą.
Wypijmy zdrowie tych, co dziś weseli są,
Przyjaciół, krewnych złych, co z życia mego drwią.
Tym lepiej, jeśli mnie rozdrażnią drwiną swą -
Upiję wkrótce się, nienawiść zgubię swą.
Upiję wkrótce się, nienawiść zgubię swą.
Napełnij szklankę mi, ostatni nalej raz,
Napełnij szklankę mi i pójdę, bo już czas.
Nie płaczę - pozwól pić, bo wstyd mi sobą być -
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Za moje zdrowie pij, pijemy z winem je,
I jeśli chcesz, to bij, a jeśli nie to nie.
Tym lepiej jeśli mnie cios dosięgnie twój -
Upiję wkrótce się i żal zgubię swój.
Upiję wkrótce się i żal zgubię swój.
Za te dziewczyny pij, co kochać będą mnie,
Za te dziewczyny pij, co mówią o mnie źle.
Tym lepiej, jeśli te dziewczyny zimne są -
Upiję wkrótce się i zgubię ufność swą.
Upiję wkrótce się i zgubię ufność swą.
Więc pijmy całą noc, bym zwalił się pod stół,
By smutek stracił moc, bym nie czuł com czuł.
Więc pijmy, póki źle, więc pijmy, żeby pić -
Upiję zaraz się nadziei zerwę nić.
Upiję zaraz się nadziei zerwę nić.
Napełnij szklankę mi, ostatni nalej raz,
Napełnij szklankę mi i idę, bo już czas.
Nie płaczę - zostaw mnie, rozjaśnia wszystko się -
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Napełnij szklankę mi, napełnij szklankę mi.
Jacek Kaczmarski
Ehhh...
Tracę kontakt z rzeczywistością, krok za krokiem oddalam się od świata i ludzi owijając się jakąś niechcianą ułudą. Ciężko to może z boku dostrzec ale siebie nie oszukam, widzę co się dzieje i nie mam absolutnie żadnego pomysłu jak sobie ze sobą radzić; z postanowienia poprawy jakie zamieściłem na początku zeszłego roku nie wykonałem nawet jednego punktu- zamiast lepszej pracy nie mam żadnej, miast przytyć schudłem a w ramach "dbania o formę" zajmuję się wyłącznie muskulaturą palców którymi w każdej wolnej chwili (a tych mam ostatnio dużo) tłukę w klawiaturę. Kolejne studia mogę uznać za byłe, tym razem nie przez mój świadomy wybór- podobały mi się i coś mogło z tego być- po prostu nie miałem pieniędzy na czesne.
Znajomi jeszcze tego nie widzą ale boję się, że za rok, dwa czy diabli wiedzą ile podążę w ślady wujka- schizofrenika i oderwany zupełnie od spraw poważnych zajmując się gromadzeniem wszelkiego śmiecia i zadręczaniem innych długimi wykładami na tematy tak poważne jak historia firmy produkującej baterie czy zakończona przed wieloma laty kariera trzecioligowego piłkarza.
Na razie nie znalazłem lepszego sposobu na ucieczkę od ciąłych wyrzutów jakie robi mi rodzina, niż czmychnięcie pod błachym pozorem do tych którym to życie jakoś się jeszcze wlecze. Od piątku siedzę na głowie Semi, opalam ją z papierosów i jem to co kupi; żałosne? Owszem.
Jutro, a raczej dziś wrócę do domu bo nie chcę już żerować na przyjaźni ale to tylko zamknie paszczę podgryzanej godności. Kilka osób w mniej lub bardziej zobowiązujący sposób wspominało o "załatwieniu" mi jakiegoś zajęcia ale z doświadczenia wiem, że mogę sobie takie deklaracje między bajki wsadzić a w szukanie zajęcia z ogłoszenia po prawie trzech miesiącach wysiłków także przestaję wierzyć.
Cała ta notka nie ma być czymś w stylu "ale jestem biedny, niech mnie ktoś przytuli"- miejsce w jakie w tym życiu zawędrowałem zawdzięczam sobie i tylko ja ponoszę za ten stan rzeczy winę; heh, może kiedyś okaże się, że powyższy wpis jest swoistym testamentem normalności, nie chcę niczego przesądzać ale tak mi to wygląda. Znajomi zakładają rodziny, mieszkają i żywią się samodzielnie a ja pozostając na utrzymaniu rodziców nie mogę teraz nawet zarobić kwoty pozwalającej spić mi się w trupa.
Znajomi jeszcze tego nie widzą ale boję się, że za rok, dwa czy diabli wiedzą ile podążę w ślady wujka- schizofrenika i oderwany zupełnie od spraw poważnych zajmując się gromadzeniem wszelkiego śmiecia i zadręczaniem innych długimi wykładami na tematy tak poważne jak historia firmy produkującej baterie czy zakończona przed wieloma laty kariera trzecioligowego piłkarza.
Na razie nie znalazłem lepszego sposobu na ucieczkę od ciąłych wyrzutów jakie robi mi rodzina, niż czmychnięcie pod błachym pozorem do tych którym to życie jakoś się jeszcze wlecze. Od piątku siedzę na głowie Semi, opalam ją z papierosów i jem to co kupi; żałosne? Owszem.
Jutro, a raczej dziś wrócę do domu bo nie chcę już żerować na przyjaźni ale to tylko zamknie paszczę podgryzanej godności. Kilka osób w mniej lub bardziej zobowiązujący sposób wspominało o "załatwieniu" mi jakiegoś zajęcia ale z doświadczenia wiem, że mogę sobie takie deklaracje między bajki wsadzić a w szukanie zajęcia z ogłoszenia po prawie trzech miesiącach wysiłków także przestaję wierzyć.
Cała ta notka nie ma być czymś w stylu "ale jestem biedny, niech mnie ktoś przytuli"- miejsce w jakie w tym życiu zawędrowałem zawdzięczam sobie i tylko ja ponoszę za ten stan rzeczy winę; heh, może kiedyś okaże się, że powyższy wpis jest swoistym testamentem normalności, nie chcę niczego przesądzać ale tak mi to wygląda. Znajomi zakładają rodziny, mieszkają i żywią się samodzielnie a ja pozostając na utrzymaniu rodziców nie mogę teraz nawet zarobić kwoty pozwalającej spić mi się w trupa.
piątek, 12 marca 2004
niedziela, 7 marca 2004
Dzień Kobiet
Złożyłbym Paniom z tej okazji życzenia, ale nie uznaję tego święta z pobudek ideowych. Wspominam tylko o okazji żeby nie wyjść na prostaka :]
czwartek, 4 marca 2004
***
Poranna scysja z rodziacami, wrzaski zagłuszam "Lord of the Boards" (Guano Apes).
Tak łatwo mnie z równowagi nie wyprowadzą! :D
Tak łatwo mnie z równowagi nie wyprowadzą! :D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)