Ciągle pada ...
Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby.
Mokre niebo się opuszcza coraz niżej,
Żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie. A ja,
A ja chodzę
Desperacko i na przekór wszystkim moknę.
Patrzę w niebo, chwytam w usta deszczu krople.
Patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie. To nic ...
Ciągle pada ...
Ludzie biegną, bo się bardzo boją deszczu.
Stoją w bramie, ledwie się w tej bramie mieszcząc.
Ludzie skaczą przez kałuże na swej drodze. A ja,
A ja chodzę
Nie przejmując się ulewą (a ja) ani śpiesząc,
Czując jak mi krople deszczu (a ja) usta pieszczą.
Ze złożonym parasolem (a ja) idę pieszo. O, tak ...
Ciągle pada ...
Alejkami już strumienie wody płyną.
Jakaś para się okryła peleryną -
Przyglądają się jak mokną bzy w ogrodzie. A ja,
A ja chodzę
W strugach deszczu, ale z czołem podniesionym.
Żadna siła mnie nie zmusza i nie goni.
Idę niby zwiastun burzy, z kwiatkiem w dłoni. O, tak ...
Ciągle pada ...
Nagle ognie otworzyły się w niebiosach,
Potem zaczął deszcz ulewny siec z ukosa,
Liście klonu się zatrzęsły w wielkiej trwodze. A ja,
A ja chodzę
I nie straszna mi wichura (a ja) ni ulewa,
Ani piorun, który trafił (a ja) obok drzewa.
Słucham wiatru, który wciąż (a ja) inaczej śpiewa.
Ciągle pada ...
Nagle ognie otworzyły się w niebiosach,
Potem zaczął deszcz ulewny siec z ukosa,
Liście klonu się zatrzęsły w wielkiej trwodze. A ja,
A ja chodzę
I nie straszna mi wichura (a ja) ni ulewa,
Ani piorun, który trafił (a ja) obok drzewa.
Słucham wiatru, który wciąż (a ja) inaczej śpiewa. A ja
A ja chodzę
Desperacko i na przekór wszystkim moknę.
Patrzę w niebo, chwytam w usta deszczu krople.
Patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie. To nic ...
Teraz coś co dotarło do mnie dawno temu a o czym przypomniałem sobie przed chwilą. Każdy z nas ma świadomość swojej wyjątkowości i tu właśnie pojawia się problem- nawiązując trochę do przytoczonej powyżej piosenki mogę spokojnie stwierdzić, iż wszyscy lubimy łazić po deszczu. Stwierdzenie to jest o tyle istotne dla całego wywodu, że potwierdza brak tego nieszczęsnego i bronionego za wszelką cenę indywidualizmu; przypisując sobie cechy wyjątkowe popełniamy zbrodnię jaką jest przywłaszczanie sobie cech w naszym mniemaniu pozytywnych. Kiedy zdacie sobie z tego sprawę okaże się, że dookoła pełno jest ludzi silących się na wyjątkowość a my nie jesteśmy niczym nowym ani godnym odnotowania w szerszej perspektywie. Smutne prawda?
Ps. Jeżeli to co napisałem jest dla Was nieczytelne to wybaczcie- nie śpię od 34 godzin i mam problemy z czytelnym formuowaniem myśli; na "trzeźwo" poprawię nieco ten wpis (lub go usunę) uczynię go bardziej lekkostrawnym.
środa, 30 kwietnia 2003
O pracy do znudzenia...
Po raz kolejny wpakowałem się w nieplanowany dyżur przypadający na czas w którym miałem się wysypiać przed transmisją z dzisiejszego meczu. Ehhh...
poniedziałek, 28 kwietnia 2003
niedziela, 27 kwietnia 2003
Apolityczny Kaczmarski
Jakiś czas temu przeczytałem gdzieś o wywiadzie w którym Jacek Kaczmarski twierdzi, że jego twórczość nigdy nie miała podtekstów politycznych. W ramach walki z bzdurami przytoczę tekst jednej tylko piosenki ,którą śpiewałem będąc kilkuletnim berbeciem. Panie, Panowie- "Kołysanka"
W sierocińcu po dziedzińcu
Chodzą dzieci wkoło
A za siatką wróbli stadko
Bawi się wesoło.
Rozćwierkały w świecie całym -
Stąd i ja wiem o tym
Że to wprawdzie sierociniec
Ale nie sieroty.
- Moja mama jest w Paryżu, a mój tata siedzi,
Siostrę miesiąc już w ukryciu trzymają sąsiedzi.
Z łóżka mnie nad ranem wzięli, kiedy tatę brali
Mówiąc: teraz my będziemy cię wychowywali.
Twoja stara zwiała szczwana i nieprędko wróci,
Stary wyrok ma nagrany, trójkę z karku zrzuci.
I co począć z takim fantem, niech się państwo głowi,
Chcesz być mały milicjantem? Popraw broń wujkowi!
Kim chcę być, ani ja myślę mówić byle komu,
Tylko martwię się kto przyjdzie mieszkać u nas w domu.
W sierocińcu po dziedzińcu
Chodzą dzieci w koło
A za siatką wróbli stadko
Bawi się wesoło.
Rozćwierkały w świecie całym -
Stąd i ja wiem o tym
Że to wprawdzie sierociniec
Ale nie sieroty.
- Tata z mamą są w obozie od pierwszej niedzieli,
Im jest znacznie niż mnie gorzej bo nic nie wiedzieli.
O tym, że ja tutaj jestem, nie wie nikt znajomy,
Żebym tak mógł chociaż jeszcze wysłać list do domu.
Ulepiliśmy bałwana w czarnych okularach,
Obsikaliśmy go z rana i stanęli w parach.
Baczność! Spocznij! Mówi do nas dziś Generał Straszak!
Wrona orła nie pokona, wiosna będzie nasza...
W sierocińcu po dziedzińcu
Chodzą dzieci w koło
A za siatką wróbli stadko
Bawi się wesoło.
Rozćwierkały w świecie całym -
Stąd i ja wiem o tym
Że to wprawdzie sierociniec
Ale czy sieroty?
- Tato był w kopalni, kiedy wojsko szło do boju,
Opowiadał górnik jeden, co uciekł z konwoju.
Opowiadał mojej mamie, że ich otoczyli,
Tato z szuflą stał przy bramie i tam go zabili.
Mamę wzięli do szpitala i pod drzwiami stoją,
Ale ja nie myślę wcale czekać aż nas zgnoją.
Gdy się skończy już to wszystko, gdzieś około lata,
Będę antysocjalistą - takim, jak mój tata.
W sierocińcu po dziedzińcu
Chodzą dzieci w koło
A za siatką wróbli stadko
Bawi się wesoło.
Rzucisz śniegiem zamiast chlebem
Wróbli sejm odleci
A po lodzie znów jak co dzień
Będą chodzić dzieci.
Komentaż wydaje się zbędny.
W sierocińcu po dziedzińcu
Chodzą dzieci wkoło
A za siatką wróbli stadko
Bawi się wesoło.
Rozćwierkały w świecie całym -
Stąd i ja wiem o tym
Że to wprawdzie sierociniec
Ale nie sieroty.
- Moja mama jest w Paryżu, a mój tata siedzi,
Siostrę miesiąc już w ukryciu trzymają sąsiedzi.
Z łóżka mnie nad ranem wzięli, kiedy tatę brali
Mówiąc: teraz my będziemy cię wychowywali.
Twoja stara zwiała szczwana i nieprędko wróci,
Stary wyrok ma nagrany, trójkę z karku zrzuci.
I co począć z takim fantem, niech się państwo głowi,
Chcesz być mały milicjantem? Popraw broń wujkowi!
Kim chcę być, ani ja myślę mówić byle komu,
Tylko martwię się kto przyjdzie mieszkać u nas w domu.
W sierocińcu po dziedzińcu
Chodzą dzieci w koło
A za siatką wróbli stadko
Bawi się wesoło.
Rozćwierkały w świecie całym -
Stąd i ja wiem o tym
Że to wprawdzie sierociniec
Ale nie sieroty.
- Tata z mamą są w obozie od pierwszej niedzieli,
Im jest znacznie niż mnie gorzej bo nic nie wiedzieli.
O tym, że ja tutaj jestem, nie wie nikt znajomy,
Żebym tak mógł chociaż jeszcze wysłać list do domu.
Ulepiliśmy bałwana w czarnych okularach,
Obsikaliśmy go z rana i stanęli w parach.
Baczność! Spocznij! Mówi do nas dziś Generał Straszak!
Wrona orła nie pokona, wiosna będzie nasza...
W sierocińcu po dziedzińcu
Chodzą dzieci w koło
A za siatką wróbli stadko
Bawi się wesoło.
Rozćwierkały w świecie całym -
Stąd i ja wiem o tym
Że to wprawdzie sierociniec
Ale czy sieroty?
- Tato był w kopalni, kiedy wojsko szło do boju,
Opowiadał górnik jeden, co uciekł z konwoju.
Opowiadał mojej mamie, że ich otoczyli,
Tato z szuflą stał przy bramie i tam go zabili.
Mamę wzięli do szpitala i pod drzwiami stoją,
Ale ja nie myślę wcale czekać aż nas zgnoją.
Gdy się skończy już to wszystko, gdzieś około lata,
Będę antysocjalistą - takim, jak mój tata.
W sierocińcu po dziedzińcu
Chodzą dzieci w koło
A za siatką wróbli stadko
Bawi się wesoło.
Rzucisz śniegiem zamiast chlebem
Wróbli sejm odleci
A po lodzie znów jak co dzień
Będą chodzić dzieci.
Komentaż wydaje się zbędny.
środa, 23 kwietnia 2003
Dla nadrażliwych
Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata
i za niepewność wśród jego pewności
za to że odczuwacie innych tak
jak siebie samych
za lęk przed światem
jego ślepą pewnością
za potrzebę oczyszczenia rąk
z niewidzialnego nawet brudu ziemi
Bądźcie pozdrowieni
bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność nie mówienia innym
tego co w nich widzicie
/za to, co nieskończone
nieznane, niewypowiedziane/ 2x
za to, co nieskończone, nieznane
ukryte w was
Bądźcie pozdrowieni
bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłości
lęk że miłość mogła by umrzeć
jeszcze przed wami,
bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za wasze uzdolnienia niewykorzystane
i za niezwykłość
samotność waszych dróg
za waszą boską moc
niszczoną przez zwierzęcą siłę
Bądźcie pozdrowieni
bądźcie pozdrowieni...
Z płyty "Cytryna", którą wszystkim nadwrażliwcom polecam.
za waszą czułość w nieczułości świata
i za niepewność wśród jego pewności
za to że odczuwacie innych tak
jak siebie samych
za lęk przed światem
jego ślepą pewnością
za potrzebę oczyszczenia rąk
z niewidzialnego nawet brudu ziemi
Bądźcie pozdrowieni
bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność nie mówienia innym
tego co w nich widzicie
/za to, co nieskończone
nieznane, niewypowiedziane/ 2x
za to, co nieskończone, nieznane
ukryte w was
Bądźcie pozdrowieni
bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłości
lęk że miłość mogła by umrzeć
jeszcze przed wami,
bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za wasze uzdolnienia niewykorzystane
i za niezwykłość
samotność waszych dróg
za waszą boską moc
niszczoną przez zwierzęcą siłę
Bądźcie pozdrowieni
bądźcie pozdrowieni...
Z płyty "Cytryna", którą wszystkim nadwrażliwcom polecam.
Rutyna
Nie dalej jak 30 sekund temu podszedł do mnie klient i z przerażeniem w oczach wydukał: " Przepraszam pana, ale mój komputer jest zepsuty- światełka mi mrygają a klawiatura nie działa!". Pomyślałem, że to coś poważnego, więc ruszyłem mu z odsieczą; po dokonaniu wstępnych oględzin (co trwało 3 sekundy) podłączyłem klawiaturę i wszystko zaczęło działać tak jak powinno. Delikwent spojrzał na swoje stanowisko i z miną filozofa powiedział: "Tak myślałem...".
Trzymajcie mnie bo nie wytrzymam...
Trzymajcie mnie bo nie wytrzymam...
Wiosenna pieśń radości
Idzie sobie wiosna
słychać świergot ptaka,
ładna to piosenka
tylko głupia taka
Już przyleciał bocian
i w kałuży dłubie,
mi to nie przeszkadza
dalej będzie głupiej.
A aaaaa już jest wiosna
A aaaaa dłuższe dnie
A aaaaa kwiaty rosną
A aaaaa głupie, nie?
Słońce raźniej świeci
dym się w polu snuje
- zupełnie bez sensu,
ale się rymuje
Budzi się przyroda,
już zielono wszędzie
bać się nie ma czego
-znowu refren będzie:
A aaaaa już jest wiosna...
Rozmarzają rzeki,
płynie kra do morza
- zwrotka nienajgorsza,
tylko rymu nie ma.
Drzewa mają pączki,
w jajkach są pisklęta,
przyroda jak zwrotka
- niedorozwinięta!
A aaaaa już jest wiosna
Wiosna jest po zimie
w myśl ludowych przysłów
ja już nie mam zdrowia
do tych idiotyzmów.
Kończy się piosenka,
śniegu nie ma prawie
Pisać głupie teksty
nawet ja potrafię!
Aaa...
Z kabaretu POTEM
słychać świergot ptaka,
ładna to piosenka
tylko głupia taka
Już przyleciał bocian
i w kałuży dłubie,
mi to nie przeszkadza
dalej będzie głupiej.
A aaaaa już jest wiosna
A aaaaa dłuższe dnie
A aaaaa kwiaty rosną
A aaaaa głupie, nie?
Słońce raźniej świeci
dym się w polu snuje
- zupełnie bez sensu,
ale się rymuje
Budzi się przyroda,
już zielono wszędzie
bać się nie ma czego
-znowu refren będzie:
A aaaaa już jest wiosna...
Rozmarzają rzeki,
płynie kra do morza
- zwrotka nienajgorsza,
tylko rymu nie ma.
Drzewa mają pączki,
w jajkach są pisklęta,
przyroda jak zwrotka
- niedorozwinięta!
A aaaaa już jest wiosna
Wiosna jest po zimie
w myśl ludowych przysłów
ja już nie mam zdrowia
do tych idiotyzmów.
Kończy się piosenka,
śniegu nie ma prawie
Pisać głupie teksty
nawet ja potrafię!
Aaa...
Z kabaretu POTEM
wtorek, 22 kwietnia 2003
poniedziałek, 21 kwietnia 2003
Konwalie
Za jakiś tydzień zakwitną rosnące na moim placu i w pobliskim lesie konwalie, Póldolarówka jak zwykle zjawi się swoim samochodem i wywiezie pełen ich bagażnik. Pomyślałem sobie, że sympatycznym pomysłem byłoby wyczynienie bukiecików dla koleżanek z kafei- konwalie pachną całkiem sympatycznie, nie mam co z nimi robić a K i M powinny się ucieszyć. Heh, mam nadzieję, że ten gest nie zostanie opatrznie zrozumiany przez ich chłopców :D.
Za dużo cytatów?
A to dlatego, że w moim życiu nie dzieje się absolutnie nic nowego. Ewentualne przygody są tak błache, że nie warto nawet o nich pisać, więc wklejam wiersze i teksty piosenek które akurat chodzą mi po głowie. Ewentualne spostrzeżenia nie prowadzą do żadnych wniosków, więc nie ma sensu zaśmiecać nimi bloga. Ehhh... postaram się coś jeszcze z tego nędznego żywota wycisnąć- zobaczymy czy się uda.
Song o ciszy
Wy mnie słuchacie, a ja
Śpiewam tekst z muzyką
Taka konwencja, taki moment
Więc tak jest
Zaufaliśmy obyczajom i nawykom
Już nie pytamy
Czy w tym wszystkim jakiś sens
A ja zaśpiewać dzisiaj chcę w obronie ciszy
Choć wiem, nie pora, nie miejsce i nie czas
Bo gdy się milczy, milczy, milczy
To apetyt rośnie wilczy
Na poezję
Co być może drzemie w nas
Przecież już dosyć mamy
Huku i jazgotu
Ale gdy cicho, to źle
I głupio nam
Jakby się zepsuł życia niezawodny motor
Coś nie w porządku
Jakbyś był już nie ten sam
Cisza zagłusza, sam już nie wiesz, jaki jesteś
Więc szybko włączasz wszystko, co pod ręką masz
A gdy się milczy, milczy, milczy
To apetyt rośnie wilczy
Na poezję
Co być może drzemie w nas
Gdy kiedyś łomot nagle umrze w dyskotekach
Do siebie nam dalej będzie niż do gwiazd
Zanim coś powiesz tak jak człowiek do człowieka
Cisza zgruchocze i wykrwawi wszystkich nas
Dlatego uczmy się ciszy i milczenia
To siostry myśli, świadomości przednia straż
Bo gdy się milczy, milczy, milczy....
Jonasz Kofta
Śpiewam tekst z muzyką
Taka konwencja, taki moment
Więc tak jest
Zaufaliśmy obyczajom i nawykom
Już nie pytamy
Czy w tym wszystkim jakiś sens
A ja zaśpiewać dzisiaj chcę w obronie ciszy
Choć wiem, nie pora, nie miejsce i nie czas
Bo gdy się milczy, milczy, milczy
To apetyt rośnie wilczy
Na poezję
Co być może drzemie w nas
Przecież już dosyć mamy
Huku i jazgotu
Ale gdy cicho, to źle
I głupio nam
Jakby się zepsuł życia niezawodny motor
Coś nie w porządku
Jakbyś był już nie ten sam
Cisza zagłusza, sam już nie wiesz, jaki jesteś
Więc szybko włączasz wszystko, co pod ręką masz
A gdy się milczy, milczy, milczy
To apetyt rośnie wilczy
Na poezję
Co być może drzemie w nas
Gdy kiedyś łomot nagle umrze w dyskotekach
Do siebie nam dalej będzie niż do gwiazd
Zanim coś powiesz tak jak człowiek do człowieka
Cisza zgruchocze i wykrwawi wszystkich nas
Dlatego uczmy się ciszy i milczenia
To siostry myśli, świadomości przednia straż
Bo gdy się milczy, milczy, milczy....
Jonasz Kofta
W stylu Horacego
Nieś się, stateczku, przez fale złudne,
Łopoczą żagle jak zmięte ruble.
Z ładowni słychać skowyt republik.
Skrzypienie burty.
Trzeszczy w szwach co opina żebra.
W morzu drapieżnych ryb pewnie nie brak.
Nawet pasażer o silnych nerwach
Rzyga jak struty.
Nieś się, stateczku, w burz kłębowisku.
Sztorm, choć wścieklejszy jest od pocisku,
Bezsilniej słucha władnego świstu -
Tak bardzo, że aż
Nie wie, gdzie pędzić: w tę? W tamtą? W jeszcze,
Inną? Bo cztery strony ma przestrzeń.
Jak cztery ściany - każde z pomieszczeń,
Choćby w nich mieszkał Boreasz.
Nieś się i nie bój, że skalny występ
Przebije burtę. Odkryjesz wyspę,
Jedną z tych wysp, gdzie sto lat po wszystkim
Krzyże dostrzegasz,
Gdzie obwiązany tasiemka pakiet
Listów sprzedaje ci dziecko : takie
Błękitne oczy jawnym są znakiem -
Ojcem był żeglarz.
Nie wierz, stateczku, przewodnim gwiazdom;
Tyle ich tam, że niebo jest zjazdem
Sztabu głównego. Gdy straszą nas ta
Próżnia nad głową,
Wierz tytko temu, co się nie zmieni:
Wierz demokracji wolnych przestrzeni,
Która, choć w burzach sporów się pieni,
Ma dno pod sobą.
Jedni w dal płyną na złość losowi.
Inni - dosolić Euklidesowi.
Inni znów - po to, by mieć to z głowy-
Wszystko to nieźle,
Lecz ty, stateczku, o każdej porze
Dostrzeż horyzont choćby w horrorze,-
Nieś się w dal, aż się sam staniesz morzem
Nieśże się, nieśże.
Josif Brodski
Łopoczą żagle jak zmięte ruble.
Z ładowni słychać skowyt republik.
Skrzypienie burty.
Trzeszczy w szwach co opina żebra.
W morzu drapieżnych ryb pewnie nie brak.
Nawet pasażer o silnych nerwach
Rzyga jak struty.
Nieś się, stateczku, w burz kłębowisku.
Sztorm, choć wścieklejszy jest od pocisku,
Bezsilniej słucha władnego świstu -
Tak bardzo, że aż
Nie wie, gdzie pędzić: w tę? W tamtą? W jeszcze,
Inną? Bo cztery strony ma przestrzeń.
Jak cztery ściany - każde z pomieszczeń,
Choćby w nich mieszkał Boreasz.
Nieś się i nie bój, że skalny występ
Przebije burtę. Odkryjesz wyspę,
Jedną z tych wysp, gdzie sto lat po wszystkim
Krzyże dostrzegasz,
Gdzie obwiązany tasiemka pakiet
Listów sprzedaje ci dziecko : takie
Błękitne oczy jawnym są znakiem -
Ojcem był żeglarz.
Nie wierz, stateczku, przewodnim gwiazdom;
Tyle ich tam, że niebo jest zjazdem
Sztabu głównego. Gdy straszą nas ta
Próżnia nad głową,
Wierz tytko temu, co się nie zmieni:
Wierz demokracji wolnych przestrzeni,
Która, choć w burzach sporów się pieni,
Ma dno pod sobą.
Jedni w dal płyną na złość losowi.
Inni - dosolić Euklidesowi.
Inni znów - po to, by mieć to z głowy-
Wszystko to nieźle,
Lecz ty, stateczku, o każdej porze
Dostrzeż horyzont choćby w horrorze,-
Nieś się w dal, aż się sam staniesz morzem
Nieśże się, nieśże.
Josif Brodski
piątek, 18 kwietnia 2003
I jeszcze jeden
Szukający szczęścia jest jak pijak, który nie może trafić do domu, ale wie, że ma dom.
Wolter
To by się zgadzało.
Wolter
To by się zgadzało.
Cytacik
Miłość jest treścią naszego istnienia. Jeśli się jej wyrzekniemy, umrzemy z głodu pod drzewem życia, nie mając śmiałości, by zerwać jego owoce. Kiedy wyruszamy na poszukiwanie Miłości - ona zawsze wyjdzie nam naprzeciw. I nas wybawi.
Paulo Coelho
Wszystko to świetnie, tylko coś się ta miłość zebrać nie może a ja powoli tracę cierpliwość.
Paulo Coelho
Wszystko to świetnie, tylko coś się ta miłość zebrać nie może a ja powoli tracę cierpliwość.
czwartek, 17 kwietnia 2003
Dzień jak co dzień
Wielki czwartek zaczyna się dla mnie tak jak prawie wszystkie dni tego roku- zaspany i głodny tkwię przed komputerem w swojej nieszczęsnej kafejce i marzę tylko o tym by móc wreszcie położyć się spać na stole w pakamerze.
Byle do wiosny...
Byle do wiosny...
środa, 16 kwietnia 2003
wtorek, 15 kwietnia 2003
Druga Połowa
Rozwidniam. Widzę. Jestem
na dnie. I nie jest ładnie.
Jawnie i dennie jest mi.
Dnieje. Widzę dokładniej.
A nieboskłonem odwrócone dno.
Marcin Świetlicki
na dnie. I nie jest ładnie.
Jawnie i dennie jest mi.
Dnieje. Widzę dokładniej.
A nieboskłonem odwrócone dno.
Marcin Świetlicki
Dla nie wiem jeszcze kogo
We śnie jesteś moja i pierwsza,
we śnie jestem pierwszy dla ciebie.
Rozmawiamy o kwiatach i wierszach,
psach na ziemi i ptakach na niebie.
We śnie w lasach są jasne polany
spokój złoty i niesłychany,
pocałunki zielone jak paproć.
Albo jesteś egipska królowa
jak miód słodka i mądra jak sowa,
a ja jestem przy tobie jak światło.
Konstanty Ildefons Gałczyński
we śnie jestem pierwszy dla ciebie.
Rozmawiamy o kwiatach i wierszach,
psach na ziemi i ptakach na niebie.
We śnie w lasach są jasne polany
spokój złoty i niesłychany,
pocałunki zielone jak paproć.
Albo jesteś egipska królowa
jak miód słodka i mądra jak sowa,
a ja jestem przy tobie jak światło.
Konstanty Ildefons Gałczyński
niedziela, 13 kwietnia 2003
Sen bez snu
Północ nie daje snu tej nocy
Każe rozmawiać z gwiazdami
Komar upija się mą krwią
Piszczy do ucha głupie sprawy
I nie ma metafizyki w tę noc
Jest tylko tępy ból istnienia
Księżyc jak krążek starej płyty
Której od dawna nikt nie zmienia
Chodzę po domu jak po szklance
Piję koejną szaloną herbatę
Komar piłuje cienki krzyk
Dalej nade mną trzyma wartę
Modlić się trudno w taką noc
Ty wiesz najlepiej - Boże
Więc tylko można wyjść na próg
Kiedy poranne wstają zorze
Adam Ziemianin
Każe rozmawiać z gwiazdami
Komar upija się mą krwią
Piszczy do ucha głupie sprawy
I nie ma metafizyki w tę noc
Jest tylko tępy ból istnienia
Księżyc jak krążek starej płyty
Której od dawna nikt nie zmienia
Chodzę po domu jak po szklance
Piję koejną szaloną herbatę
Komar piłuje cienki krzyk
Dalej nade mną trzyma wartę
Modlić się trudno w taką noc
Ty wiesz najlepiej - Boże
Więc tylko można wyjść na próg
Kiedy poranne wstają zorze
Adam Ziemianin
piątek, 11 kwietnia 2003
Niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku
Oto przykład: przed chwilą wybrałem się do lodówki po maślankę, ale (co normalne o tej porze) cały dom tonął w ciemnościach. Niezrażony wyruszyłem; najpierw napotkałem krzesło które z głuchym brzdęknięciem ograniczyło moje możliwości przemieszczania się do powolnego kuśtykania, następnie otworzone dość energicznie drzwi lodówki "odpadły" mi nos. Kiedy zmaltretowany siorbałem zachłannie upragniony napój, na moich plecach pojawił się Majka któremu o tej porze odpala się tryb "search and destroy". Odruchowo wyciągnąłem ręce aby go zdjąć, problem polegał na tym, że w prawicy dzierżyłem maślankę. Tak oto wracam z wyprawy- ze stłuczonym kolanem, obolałym nose, podrapanymi plecami i maślanką na koszuli. Nie, nie jestem pierdołą...
Ja
Nie jestem piękny, a przyciągam wzrok,
Cieszy mnie wstręt w tworzących mnie spojrzeniach;
Sprytu nauczył mnie ułomny krok,
Co krok normalny w powód wstydu zmienia.
Wiem, że nawiedzam przyzwoite sny;
Bóg mnie spartaczył, jam wyrzut sumienia;
Dlatego wpełzam w dostojne zgromadzenia,
Gdzie racją bytu jest bezkarne - my!
A ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja!
W karczmie tak siadam, by mnie widzieć mógł
Każdy obżartuch najzdrowszy i pijak.
To, co mi Bóg dał zamiast zwykłych nóg
Wokół półmiska bezwstydnie owijam.
Tym, co mam w miejsce rąk, odpędzam psy
Węszące łatwy łup w chromego strawie
I traci nastrój biesiadników gawiedź,
Co śpiewa przy mnie swoje śmieszne - my!
Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja!
Mam pod Ratuszem stałe miejsce, gdzie
Swój tors niezwykły wystawiam na pokaz:
Pomnik wyjątku, drżę z rozkoszy, że
Żadnego z radnych nie przepuszczę oka.
Gdy się dębowe już zatrzasną drzwi,
By przebieg obrad skryć prze losem plebsu
Wiem, że zdołałem trochę nastrój zepsuć
Tym, co tak godnie mówią, myśląc - my!
Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja!
W farze na najświetlistszą włażę z ław,
Gdzie przed ołtarzem tęcza lśni z witraży,
By, kiedy wierni proszą - Boże, zbaw! -
Móc Mu pokazać, co z mej zrobił twarzy.
Więc patrzą na mnie, chociaż kapłan grzmi
Żeśmy jedynie niepoprawnym stadem,
Bom namacalnym przecież jest przykładem,
Że jest nieprawdą ich chóralne - my!
Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja!
Nie jestem sam. Odmiennych nas jest w bród!
Wciąż otorbionych wstrętem i respektem.
Bóg dał z kalectwem pokusę nam - i głód,
By się związać w pokręconych sektę.
Partia Potworków! Rząd zatrutej krwi!
Ach, cóż za ulga - unormalnić skazy!
Nakaz szacunku, a nie gest odrazy,
Wystarczy - ja! ja! ja! - zmienić w - my!
Nie! Nie chcę wpływać i należeć!
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja! ja! ja!
Jacek Kaczmarski
Cieszy mnie wstręt w tworzących mnie spojrzeniach;
Sprytu nauczył mnie ułomny krok,
Co krok normalny w powód wstydu zmienia.
Wiem, że nawiedzam przyzwoite sny;
Bóg mnie spartaczył, jam wyrzut sumienia;
Dlatego wpełzam w dostojne zgromadzenia,
Gdzie racją bytu jest bezkarne - my!
A ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja!
W karczmie tak siadam, by mnie widzieć mógł
Każdy obżartuch najzdrowszy i pijak.
To, co mi Bóg dał zamiast zwykłych nóg
Wokół półmiska bezwstydnie owijam.
Tym, co mam w miejsce rąk, odpędzam psy
Węszące łatwy łup w chromego strawie
I traci nastrój biesiadników gawiedź,
Co śpiewa przy mnie swoje śmieszne - my!
Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja!
Mam pod Ratuszem stałe miejsce, gdzie
Swój tors niezwykły wystawiam na pokaz:
Pomnik wyjątku, drżę z rozkoszy, że
Żadnego z radnych nie przepuszczę oka.
Gdy się dębowe już zatrzasną drzwi,
By przebieg obrad skryć prze losem plebsu
Wiem, że zdołałem trochę nastrój zepsuć
Tym, co tak godnie mówią, myśląc - my!
Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja!
W farze na najświetlistszą włażę z ław,
Gdzie przed ołtarzem tęcza lśni z witraży,
By, kiedy wierni proszą - Boże, zbaw! -
Móc Mu pokazać, co z mej zrobił twarzy.
Więc patrzą na mnie, chociaż kapłan grzmi
Żeśmy jedynie niepoprawnym stadem,
Bom namacalnym przecież jest przykładem,
Że jest nieprawdą ich chóralne - my!
Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja!
Nie jestem sam. Odmiennych nas jest w bród!
Wciąż otorbionych wstrętem i respektem.
Bóg dał z kalectwem pokusę nam - i głód,
By się związać w pokręconych sektę.
Partia Potworków! Rząd zatrutej krwi!
Ach, cóż za ulga - unormalnić skazy!
Nakaz szacunku, a nie gest odrazy,
Wystarczy - ja! ja! ja! - zmienić w - my!
Nie! Nie chcę wpływać i należeć!
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja! ja! ja!
Jacek Kaczmarski
czwartek, 10 kwietnia 2003
Przygód z soczkami ciąg dalszy
Otwierając butelkę soczku tymbark (uważając tym razem by nic nie rozlać) rozciąłem sobie palec. Pod kapslem przeczytałem: "Takie jest życie".
Więcej tego nie piję.
Więcej tego nie piję.
wtorek, 8 kwietnia 2003
Zapytanie
Swoją drogą jak sądzicie, czy goście przychodzący do kafejki tylko po to by pooglądać sobie strony z gołymi babami są żałośni?
Pytam, bo takich panów mam u siebie po kilku w ciągu dnia i ciekawy byłem co Wy o tym sądzicie.
Pytam, bo takich panów mam u siebie po kilku w ciągu dnia i ciekawy byłem co Wy o tym sądzicie.
No wreszcie!
Szkoda, że serwer podniósł się tak późno, bo zapomniałem co miałem napisać.
Z wielką i niewątpliwą stratą dla potomności.
Z wielką i niewątpliwą stratą dla potomności.
czwartek, 3 kwietnia 2003
Hasło na dziś
Przed chwilką szarpnąłem się na soczek Tymbark (ten z durnymi hasłami pod kapslem); niestety mechanizm (to może trochę za dużo powiedziane) otwierający bardzo nie chciał ustąpić i musiałem bardziej stanowczo szapnąć za zawleczkę. Udało się i to nawet bardziej niż chciałem, bo połowa zawartości butelki wylądowała na mojej twarzy, koszuli i spodniach. Ociekając sokiem wiśniowo- jabłkowym spojrzałem na znajdujący się pod wieczkiem napis- "Każda miłość jest pierwsza". Przemoczony do suchej nitki pogrążyłem się w zadumie.
Ciekawe odkrycie!
Spanie w ekstremalnie nieprzyjaznych warunkach ma jednak swoje zalety- po kilku godzinach wiercenia się i przeklinania w duchu na wszystko w promieniu dziesięciu kilometrów stwierdziłem, że już mi się nie chce spać. Innymi słowy nie traciłem czasu na sen, wręcz przeciwnie- kilka godzin kontemplacji w pozycji horyzontalnej sprawiło, że nie zasnę do rana (zbolałych członków nie złożyłbym teraz nawet na najwygodniejszym łożu), miałem czas zeby pomyśleć trochę o życiu i doszedłem do kilku konstruktywnych wniosków; najistotniejszy z nich- jutro kupuję sobie karimatę!
Kolejny przedłużony dyżur
Dziś jak zwykle miałem kończyć nocny dyżur o 10 rano a -co wcale mnie nie zaskoczyło- przejmująca po mnie zmianę dziwczyna spóźnia się już póltorej godziny. Normalka. Najbardziej przeraża mnie perspektywa "odsypiania" na stole na zapleczu (moją kochaną polóweczkę załatwił po pijaku kolega), ale dam radę- jestem z Ligi Republikańskiej ;).
wtorek, 1 kwietnia 2003
Przezorny zawsze...
Wczoraj robiłem dosłownie wszystko żeby nie dać się oszukać; moja powstała nagle paranoja rozrosła się do takich rozmiarów, że podejrzliwie patrzyłem nawet na okraszające państwowe budynki tabliczki. Najśmieszniejsze, że nikt nawet nie próbował nagadać mi głupot.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)