Mam kota. Jego imię wzięło się z mojego uwielbienia dla piosenki Starego Dobrego Małżeństwa i może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Majka jest kocurem (co nabiera smaczku zwłaszcza, kiedy usłyszy się koncertową i między nami mówiąc lepszą wersję piosenki). Nie pasujące do płci imię to tylko pierwsze odchylenie od normy; następnym jest jego wielki talent do upatrywania sobie celu i konsekwentne doprowadzanie go do ruiny. Na pierwszy ogień poszły drzwi od łazienki- po obdrapaniu ich z farby czarno- biały armagedon wziął się za wyrywanie chaczyków na których wisiały ręczniki. Do dziś nikt z domowników nie wie jak udało mu się skasować wszystkie cztery, ale dopiął swego i z drzwi została ruina. Żeby było śmieszniej po ich odrestaurowaniu Majka zupełnie stracił zainteresowanie nimi i znalazł sobie coś z innej beczki- kwiatki mamy. Gwoli jasności dodam, że cały czas usiłowaliśmy mu w tych wybrykach przeszkadzać. Z kwiatkami poszło szybko- doniczka po doniczce wayrywał zielsko i roznosił po całym domu (bynajmniej nie w celach konsumpcyjnych). Ostatnio znienawidził wodę (w tym stopniu nie jest to normalne nawet u kotów); atakuje ją, kiedy leje się z kranu i rozbija szklanki które wypełnia. Pustych nie rusza.
Częściową nietykalnoś zapewnia mu przyjaźń z nieco przerośniętym, choć rodowodowym owczarkiem niemieckim mamy- Odysem, który bardzo nie lubi, kiedy się jego faworyta w jakikolwiek sposób beszta. Wyobraźcie sobie jak ciekawe może stać się zakładanie butów, kiedy do sznurówki uczepisy jest sporych rozmiarów kot, którego nijak nie da się ruszyć. Tak jest ciągle,; a wcześniej myślałem, że nienormalnych mam tylko znajomych...
BUC!!! :P
OdpowiedzUsuń