Trochę już późno, ale wreszcie znalazłem trochę czasu, by wypełnić czymś tego nieszczęsnego bloga. Swoją drogą jego stan w chwili obecnej przypomina mi trochę wyjęty żywcem z mrocznych czasów komuny sklep spożywczy- puste półki i trochę octu. Nie ma może tylko odpowiednika sklepowej, bo ani bezczelny, ani tym bardziej gruby nie jestem. W zasadzie można o mnie powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jestem gruby.
Więc siedzę tak sobie wpatrzony w te metaforyczne "puste półki", w moim pozbawionym już chyba na stałe obudowy komputerze dogorywa cooler od procesora, czemu towarzyszy ciągły, świdrujący czaszkę warkot i zastanawiam się co by właściwie napisać. Zacznę może od podsumowania (bo to chyba dobry moment) minionego roku. Zaczął sie może niespecjalnie, bo miałem wtedy kilka głupich pomysłów na temat zakończenia swojego pobytu na tym łez padole. Na szczęście dwa razy się nie udało- raz po pijaku gramoliłem się przez barierkę balkonu na dwunastym piętrze, nieco wcześniej zjadłem opakowanie kupionego za ostatnie pieniądze środka na sen. Za pierwszym razem zciągneli mnie przyjaciele, a drugi to już komedia- okazało się, że przedawkowanie tamtego środka nasennego mogło się skończyć najwyżej rozwolnieniem, do czego na szczęście nie doszło. Potem nad domkiem Kłapouchego zaczęło się powoli przejaśniać- narobił na mnie ptak a to podobno przynosi szczęśćie; i prawda, bo kilka dni później sytuacja powtórzyła się, co zaowocowało następnym "obfajdaniem", tym razem przez wróbelka. Trzykrotnie ob... i naładowany szczęściem jak nigdy jeszcze ruszyłem w następne miesiące roku 2002. Był koniec maja, czas kiedy normalni dwudziestodwuletni ludzie wybierają się za miasto, palą ogniska i wcinają pieczone ziemniaki; ja jednak wymyśliłem sobie coś innego- postanowiłem na miesiąc zamieszkać u babci, by w ciszy i spokoju uczyć się do kolejnych w moim życiu egzaminów na studia. Po tygodniu miałem dość- nie przywykłwszy do mieszkania w bloku i ciągłej nauki, mażyłem tylko o tym by wreszcie wrócić do domu i choć jeden dzień spędzić z przyjaciółmi. Niestety babci się spodobało i nie chciała mnie puścić, więc przemęczyłem pozostałe trzy tygodnie i dostałem się na wszystkie kierunki na które złożyłem papiery. Wakacje w tym roku miały dla mnie niewiele wspólnego z wypoczynkiem; w planach miałem wyjazd na marsz szlakiem I- ej Kompanii Kadrowej na trasie Kraków- Kielce, ale niestety nie miałem na to pieniędzy i musiałem zostać w Warszawie. Patrząc na to z perspektywy sześciu miesięcy, dobrze się stało bo znalazłem pracę (a właściwie dwie) i przynajmniej upić się mogę kiedy chcę. Od tamtej pory nie zdarzyło się nic godnego uwagi- praca, studia i sporadyczne pijatyki zapełniły mi jakoś to pół roku i nauczyły jednej tylko rzeczy- być praktykującym romantykiem- samotnikiem można być tylko wtedy, gdy ma się na to czas. Pozostałe mądrości swojego autorstwa postaram się dodać jak tylko właścicielka bloga "terefere" wyśle mi je mailem. To na razie wszystko, postaram się dodawać więcej tektów jak tylko znajdę na to chwilę.
Właścicielka terefere chętnie wyśle ci wszystko, co tylko zechcesz, jak tylko ktoś naprawi jej office'a, bo narazie wszystko nie działa.
OdpowiedzUsuń