Jest w roku jeden, góra dwa dni, kiedy powietrze robi się wręcz gęste od porwanych przez wiatr kolorowych jeszcze- nie brązowych- liści. Mogę wtedy siedzieć na tarasie od rana do wieczora i bez ruchu, z zapartym tchem obserwować ten fascynujący spektakt. To trochę tak, jak na wiosnę, kiedy wyglądam przez okno i widząc pierwsze kwitnące konwalie uśmiecham się do siebie i myślę "kurcze, więc to już faktycznie po zimie". Tegoroczna wiosna stanowiła dla mnie swego rodzaju przełom, ale ja nie o tym- dwa razy do roku trafia się moment, kiedy wyglądamy przez okno i stwierdzamy, że już nie trzeba zakładać płaszcza, albo przeciwnie- że warto wyszperać z dna szafy parę rękawiczek. Chwila ta zbliża się wielkimi krokami i muszę bardzo uważać, by jej nie przegapić, Wam także doradzam wyostrzenie zmysłów :)
Jesienny wieczór
"Jesienny wieczór w miasteczku niedużym,
które się szczyci istnieniem na mapie
(kartograf chyba spuścił kleks na papier
albo się w córce sędziego zadurzył)
Formatem swoich dziwactw zmordowana
przestrzeń tu jakby zrzuca z siebie brzemię
gigantomanii, gdyż ją zadowala
rozmiar ulicy głównej - a czas drzemie
zerkając sennie na sklepik malutki,
który na froncie ma ogromny zegar,
a wewnątrz wszystko, co stworzył duch ludzki -
czy to teleskop będzie, czy laubzega.
Jest tutaj kino, salon i apteka
oraz kawiarnia - jedyna w promieniu
mili, bank z orłem widocznym z daleka,
plus kościół, który w głuchym zapomnieniu
daremno byłby zarzucał swe sieci,
gdyby się poczta nie mieściła obok
- i gdyby tutaj nie robiono dzieci,
pastor udzielałby chrztów samochodom.
Tu rejwach świerszczy przez ciszę się niesie.
O szóstej wieczór jak po atomowej
wojnie nie spotkasz żywej duszy w mieście
tylko z księżycem można wieść rozmowę,
gdy się jak prorok pcha w okna prostokąt
i tylko czasem światła cadillaca hojnie
omiotą, pędząc nie wiadomo dokąd,
cokół, na którym tkwi Nieznany Żołnierz.
Tu przyśni ci się nie girlasek szwadron,
ale twój własny adres na kopercie.
Tu mleczarz, widząc, że mleko się zsiadło,
pierwszy przyjmie wieść o twojej śmierci.
Tu w czterech ścianach można żyć latami,
połykać brom, palić kalendarze wszystkie
i patrzeć w lustro tak, jak blask latarni
przegląda się w kałuży na wpół wyschłej."
Josif Brodski (tłum. Stanisława Barańczaka, wykonanie Mirosława Czyżykiewicza)
Brodski, Turnau czy Czyżykiewicz najczęściej goszczą u mnie właśnie jesienią i od kilku lat to właśnie z nimi pod ramię wchodzę w zimę. Dlaczego akurat ten tekst? bo jest sielankowy i ciepły- tyle. Szkoda, że jeden patafian wziął nockę, bo zamknąłbym swoją kryptę na cztery spusty i chociaż na kilka minut wyszedł na powierzchnię rozprostować oczy.
Czekam
..jak będziesz tak siedział w tej swojej klitce to możesz przegapić ;) :P
OdpowiedzUsuńTego się właśnie boję.
OdpowiedzUsuń