Poszło nieźle, nie chcę od razu ogłaszać jakiegoś spektakularnego sukcesu, bo los ma w takich wypadkach irytującą tendencję do robienia mi wbrew.
Zabawne, ale rano dzień zapowiadał się fatalnie bo oto skończyła się kawa- w dwa dni dałem radę wypić 100g opakowanie Nescafe, a kiedy już organizm przyzwyczaił się do końskich dawek kofeiny, jej dostawy ustały. Później na szczęście było już tylko wesoło, dwie z trzech zasiadających w komisji osób znałem: jedną z czasów dziennikarstwa (i boję się, że mogła mnie sobie przypomnieć), druga natomiast wykładała mi w zeszłym roku podstawy psychologii, innymi słowy poczułem, że wracam na stare śmieci a jednocześnie zacząłem spoglądać na innych tak jak stary wiarus patrzy na rekrutów. Stałem się z tego powodu idolem jakiegoś trzydziestolatka, który wyglądał na wyraźnie speszonego rozmową i potrzebował kogoś, komu mógłby potowarzyszyć jako osobisty Toadie; z niemałym wysiłkiem udało mi się zgubić go dopiero koło Rotundy. :)
Czekam
Fajnie;-)
OdpowiedzUsuńa ja uwielbiam Nescafe, to mój poranno-codzienny rutuał, więc przez chwilkę poczułeś się jak Księciunio he he he
OdpowiedzUsuńNo to teraz czekasz podwójnie :) A i przy okazji ja też :)
OdpowiedzUsuń@BK
OdpowiedzUsuńA Ty na co znowu czekasz? To, motyla jego noga, czekanie jakieś modne zrobiło czy jak, że tak na jego punkcie powariowaliście? :D