Kilka minut temu jakiś azjata wtargnął do kafejki, oto jak przebiegała nasza rozmowa.
- How much is it?
- You mean the internet?
- Yes yes yes...
- Well, it's six złoty per hour.
- Four?
- No, six.
- Four?
- Six.
- Four, yes?
- No, six.
- Four- upierał się.
- No, i'm affraid it's six- nie dawałem za wygraną.
- How much?
- SIX- powiedziałem tak wyraźnie, jak tylko pozwalał stan do którego mnie ten typ doprowadził i poparłem słowa wzniesieniem sześciu drżących palców.
Skośnooki spojrzał ze zdziwieniem na mnie, na palce, potem znowu na mnie, po chwili jego twarz przybrała wyraz radosnego zrozumienia.
- Five?
- ...
Tłukąc głową o biurko...
...czekam
A ile w końcu policzyłeś? :>
OdpowiedzUsuńWidać koleś zna się na negocjacjach, targuje się już na wstępie ;P
Nic nie policzyłem, jak się poźniej okazało, chciał się tylko dowiedzieć- nie korzystać.
OdpowiedzUsuńA taryfy nie podlegają negocjacji. Amen :]
bywa.... ;]
OdpowiedzUsuńTrzeba przyznać, że był zajebiście kumaty.
OdpowiedzUsuńhah :) ta notka mnie rozbawiła :)
OdpowiedzUsuńuwilebiam te rozmowy z zagraniczniakami... to tak jak moj wujek ktory nie lapal nigdy zbyt dobrze angielskiego a pracowal z amerykaninem. Kiedy potrzbowal gwozdzi zaczal mu tlumaczyc: "Toni, You me gwoździe" a tamten nie rozumial w ząb o co chodzi, wiec wujek powtarzal swoja kwestie coraz glosniej:) a swoja droga zaskakujace ze zawsze wydaje nam sie ze im glosniej mowimy tym lepiej ktos nas zrozumie:)
OdpowiedzUsuńten koleś powinien korepetycji udzielać!
OdpowiedzUsuńja tam bym chciałą umieć się targować... ale jak przychodzi co do czego, mówię tylko "w sumie to już i tak tanie jest" nosz qrde!