Dworzec Centralny powitał mnie charakterystyczną mieszanką woni- tu kebab, tam urynka, tu kwiaty, kilka kroków dalej pijaczek w sosie własnym; zrozpaczony jakoś strasznie nie jestem- odpocząłem przez ostatnie dwa tygodnie, dodatkowo wrzesień przepracuję na pół etatu a więc będzie więcej czasu na życie, nie tylko sen i kafejkę. Moje plany na dzień 30 sierpnia zakładały wzmożony wysiłek naukowy w związku z tym, że w środę czeka mnie rozmowa kwalifikacyjna na SNS, nie boję się jakoś strasznie, tym bardziej, że rok temu przeszedłem ją z jednym z lepszych wyników, jednak wypadałoby przeczytać lekturę wokół której cała dyskusja będzie się toczyć. Problem polega na tym, że do 15 chodziłem jak pijany i nie mogąc skupić się na Frommie, usiłowałem stanąć na nogi dzięki kawie; nie pamiętam dokładnie ile kubków w siebie wlałem ale od trzeciej po południu zaczęło mnie nosić i zamiast siąść w skupieniu, pląsałem/brykałem po domu jak głupi, wygwizdując wszystkie znane mi melodie (włącznie z radzieckimi marszami wojskowymi). Ostatecznie, cały "chodząc" przebrnąłem przez ok. 50 stron i pomknąłem pobiegać do lasu (po raz pierwszy od dawna ze zwierzęcej potrzeby, nie zaś powodowany rozsądkiem czy troską o własną kondycję), teraz natomiast łudzę się, że w pustej kafejce będę się w stanie w pełni poświęcić "Ucieczce od wolności". Żeby było śmieszniej, książka szalenie mnie wciągnęła i kiedy tylko okoliczności nie stoją na przeszkodzie, łykam kolejne strony ze szczerym zainteresowaniem.
Na koniec słów kilka o olsztyńskim wypadzie: bawiłem się pierwszorzędnie, "wieszszoru to ja tam szszeźwo żadnego nie wiziałem", za to za dnia poznawałem miasto, które nagle okazało się być o wiele większym i jeszcze piękniejszym niż myślałem. Rolę przewodnika i kompana w czasie piwnych libacji spełniała dzielnie BeKa, która wzbudziła mój niekryty podziw zdolnością zapanowania nad zgrają rozpieranych przez energię oraz alkochol nastolatek, dwoma kotami i mną na dokładkę. Podsumowując: z całych dwóch tygodni "urlopu" najbardziej wypocząłem w ostatni weekend, podładowałem pozytywną energią miasta i mieszkańców, zachwyciłem niskimi cenami i odetchnąłem świeżym powietrzem, za co serdecznie organizatorom wycieczki dziękuję.
Ps. Wciąż sen z powiek spędza mi pytanie, skąd się ta cholerna Łyna wzięła; kiedy do czegoś w tej materii dojdę- z pewnością obwieszczę wszem i wobec, jeśli natomiast nic ponad to co już wiem nie znajdę, wtedy spłynę po niej w akcie zemsty kajakiem, opcjonalnie oflagowany i skandujący wywrotowe hasła.
Czekam
nastolatkom to szanowny TJ nawet pomagał w rozpijaniu się..:>
OdpowiedzUsuń:)
Będę trzymała kciuka w środę, ale tylko jednego - muszę mieć choć jedną łapkę sprawną.
OdpowiedzUsuńOlsztyn pozdrawia!
OdpowiedzUsuń